Zawody na dystansie 1/2 Ironman na Majorce to jedne z najpopularniejszych i największych tego typu imprez na świecie. Czy warto się tam wybrać? Jak wygląda trasa, organizacja, atmosfera? Postaram się to wszystko przybliżyć na przykładzie moich doświadczeń ze startu w maju 2024r.
Opis zawodów w miejscowości Alcudia należy zacząć od jednego sformułowania: to piękne zawody. Niewątpliwie trasa kolarska wiodąca po najbardziej malowniczych zakątkach wyspy, pływanie w idealnie czystej wodzie, bieganie m.in wzdłuż plaży z bialutkim piaskiem. To nie może się nie podobać. To największe zalety tej imprezy. Imprezy która wyprzedaje się jako pierwsza w Europie i już często w grudniu nie ma pakietów na maj kolejnego roku. Impreza która przyciąga zawodników z całej Europy, a jest ich zapisanych 3800 co wg organizatorów stanowi największe zawody na tym dystansie na świecie. Ale to też impreza która może być naprawdę okrutna, niebezpieczna i niezwykle wymagająca.
Zacznijmy od tego co przed zawodami. Expo i odbiór pakietów zlokalizowane są na tyłach mety na samej plaży. Trudno o lepszą lokalizację i aż się chce iść po pakiet czy kupić pamiątkowe gadżety w namiocie IM.Co dla mnie jako człowieka z branży było zaskakujące po bardzo mizerne expo towarzyszące imprezie. W Polsce przy zawodach z cyklu IM expo zwykle jest zdecydowanie bardziej okazałe (no może poza Poznaniem gdzie jest koniec sezonu i relatywnie mała impreza).
Wstawianie rowerów dzień przed zawodami też nie stanowi problemu. W moim przypadku obywa się bez kolejek zarówno na wejściu jak i na wyjściu kiedy to odbiera się czip. Wszystko sprawnie zorganizowane, a obsługa miła i profesjonalna. Duży plus.
Dzień startu to poranna wizyta w strefie zmian, następnie start zawodników PRO, a później rolling start zawodników AG rozciągnięty prawie na godzinę czasu. Wyznaczone są strefy co 5 min, mi przypada strefa 30-35min czasu pływania. Pływanie odbywa się w zatoce przez co fale są małe, a w czasie naszego wyścigu prawie ich nie ma, bo wiatr od rana wieje dość symbolicznie. Duży plus dla organizatorów za oznaczenie etapu pływackiego co 100 metrów bojkami które dodatkowo miały namalowaną cyfrę np 2 oznaczająca 200m pokonanego dystansu. Świetna sprawa.
Pierwsza niemiła niespodzianka następuje po wyjściu z wody. Okazuje się, ze nie ma prysznicy, wody do picia ani nic co pomogłoby zmyć z siebie sól morską czy chociażby się napić. Spodziewałem się, ze będzie to inaczej rozegrane. Z tego co mówiła mi dopingująca małżonka nie tylko ja, ale wielu zawodników krzyczało po wyjściu z wody "gdzie prysznic" ? Potem już dość długa strefa zmian, w końcu gdzieś musi się zmieścić miejsce dla prawie 4 tyś osób i rowerów! O dziwo jednak jeśli zastosować mało tam popularne wpinanie się w buty już na etapie rowerowym i bieganie na boso, idzie to sprawnie.
Zaczynamy rower. Czyli 90 km z prawie 900 metrami przewyższeń i słynnym podjazdem pod Coll de Femenia. Nie ma się co czarować, trasa to absolutny sztos. Najpierw wzdłuż wybrzeża z lekkim nachyleniem po 2-3%, kilkoma rondami i hopkami. Ale później wyjeżdżamy z zabudowań i po równiuteńkim asfalcie czeka nas kilkanaście kilometrów podjazdu o nachyleniu do 10%. Jest co robić, ale widoki absolutnie wynagradzają wszystko. Piękna jest tam rywalizacja i jest to z pewnością element który rok rocznie przyciąga sporą rzeszę osób. Po 35 km od T1 osiągamy szczyt, jest to o tyle istotny element całych zawodów, ze organizator wyznaczając limity w których należy się zmieścić wyznacza czas właśnie do 35 km roweru. Przed końcem podjazdu mały zgrzyt organizacyjny czyli przesunięty o kilka km wcześniej bufet. We wszystkich materiałach miał być na 35 km, a ostatecznie był na lekkim zjeździe w czasie 31km. Bez żadnych oznaczeń zaskakiwał zawodników, ze to tutaj...
Następnie zaczyna się najtrudniejszy etap. Można by myśleć, ze najtrudniejszy etap to podjazd, jednakże zjazd to dopiero wyzwanie techniczne. Serpentyna wije się zakrętami po 90°, wielu zawodników jedzie jakby jutro miało nie być , łącznie z wyprzedzaniem po prawej stronie, skrajnie niebezpiecznym przy prędkościach powyżej 50km/h. Mi Garmin maksymalną moją prędkość pokazał 57,1km/h, a daleko mi było do czołówki. Także jakikolwiek błąd może się skończyć naprawdę tragicznie. Po tym etapie górzystym następuje bardzo techniczne kilkadziesiąt kilometrów w czasie których ciągle coś się dzieje. Czekają tu na nas krótsze podjazdy, wioski, hopki, ostre zakręty, nawrotki, niespodziewane podjazdy ukryte za zakrętem. Jednym słowem nudy nie ma. Jest też niestety kilka miejsc z asfaltem w złym stanie, gdzie mnóstwo osób gubiło dobytek lub go gorsza musiało zmieniać dętkę.
Co ciekawe, może to kwestia tego, że byłem bardziej z przodu stawki ale nie widziałem, żadnego "pociągu". Sędziów też było jak na lekarstwo, ale stawka była na tyle rozciągnięta, ze nie tworzyły się peletony i każdy jak triathlon przykazał jechał swoje. To zdecydowanie duży plus (choć słyszałem, ze z tyłu już tak kolorowo nie było). Ostatecznie etap kolarski wg mojego Garmina wyniósł 89,4 km , choć plik GPX wskazywał ponad 91km. Tak czy siak trasa jest domierzona.
Znów długie T2 gdzie znów pomaga bieganie na boso, i wchodzimy w etap biegowy. Trzy rundy po miasteczku oraz wzdłuż plaży z naprawdę dużą ilością kibiców. Czuć fajną atmosferę i to niesie. Kolejny minus to brak kurtyn wodnych. Tego dnia temperatura w cieniu to ok 25° i takie kurtyny byłyby zbawienne. Zawodnicy polewali się wodą z kubków, ale każdy wie jak to mało efektywne. Poza tym trasa biegowa jest płaska i pozbawiona nudnych odcinków.
Po trzech rundach meldujemy się na mecie zlokalizowanej na plaży z wielkim namiotem finishera.
Podsumowując. Ironman 70.3 Majorka to impreza która może być bardzo trudna. W czasie dobrej pogody trasa kolarska jest wymagająca, jednakże w czasie słabszej pogody np deszczu może stać się naprawdę niebezpieczna i ciężka. Dodatkowo jak wiadomo Majorka to wyspa, a na wyspach często wieje. Nam na 70% etapu kolarskiego nie wiało mocno, dopiero pod koniec zawodów zerwał się wiatr który było czuć na biegu. Ale sam wyścig przy np deszczu i dużym wietrze może stanowić walkę o przetrwanie. Dodatkowo małe wtopy organizacyjne, w wielu miejscach kiepski asfalt to minusy zawodów. Choć plusów jest zdecydowanie więcej i myślę, ze raz warto zmierzyć się z tymi zawodami. To piękna przygoda i choć trudno tam o rekordy czasowe, to jednak nie zawsze musimy robić życiówki (paradoksalnie ja swoją życiówkę zrobiłem akurat tam, ale to bardziej kwestia porządnego przygotowania aniżeli sprzyjającej trasy).
Za rok nie wracam, wybiorę bardziej płaskie zawody. Ale kto wie czy jeszcze kiedyś nie zapragnę zmierzyć się z Coll De Femenia.

Szymon Joński
Super podsumowanie! Może kiedyś tam wystartuje